nie wiedzieć czemu od roku w polsce panuje permanentna depresja pogodowa, z drobnymi przerwami na menopauzę (czyt.: uderzenia gorąca). zazwyczaj jednak o tej porze roku nie zdarzały mi się smuteczki, nawet z taką pogodą. niemniej po 3 latach pracy zaczynam powoli zauważać pewne problemy z tym żeby wstać i ruszyć się celem odsiadki 8h za biurkiem.

po dwóch latach w budżetówce albo w quasi-budżetówce nie wykańcza mnie betonowość struktur, śmiertelny formalizm, panie halinki czy cokolwiek co może się w pierwszej kolejności kojarzyć z państwowym urzędasowaniem, ale wkurwiają mnie przylazłe z zewnątrz korposzczury.

otóż w moim kombinacie grasują szczury z tzw. "firmy doradczej". mezinarodna taka, hamerykańska. w rzeczywistości - banda bełkoczących, wyjętych ze wsi i wsadzonych w błyszczące garnitury cwaniaczków, którzy nic kompletnie nie umieją, wszystko trzeba im tłumaczyć i za nich robić - ale jak mowa o robocie to "zrobiMY". czymajcie mnie bo aż mnom wcząsa.

miałbym na to wyjebane, gdyby nie fakt, że szczurki kasują jakieś 5x tyle forsy co ja. i chyba tutaj jednak wychodzi specyfika budżetówy - że w normalnej firmie nikt by nie wydał swojego szmalu na szczurki. a tutaj - czy się stoi czy się leży, "swojakom" ta sama kasa się należy, a tutaj wydamy kilkaset tauzenów i powiemy że tutej restrukturyzacja i takie tam. sukces odtrąbiony.

o. najchętniej to bym zaczął własny biznes. ale o tym kiedy indziej.


Ostatnie zdjęcia

Meta