I trochę obok też.
chwila wytchnienia, wylądowałem w Elblągu. sporo się tu pozmieniało. nie lubię zmian, których sam nie inicjuję. ale chyba łatwo adaptuję się do nowych warunków, bo nie protestuję przeciwko temu co przynosi życie.
jesień wali po mordzie bez opamiętania, cały dzień się żyje na pół gwizdka. jeszcze ze spaniem się miesza, bo czas poprzekręcany. pod tym względem nic się w moim życiu nie zmieniło, zawsze tak było i zawsze tak będzie. jesień jest wporzex, ale jest cholernie wymagająca. taka seria ostrzeżeń przed zimą.
ostatnio męczy mnie myśl, która w zasadzie jest rozwinięciem pytania podstawowego pt. "mieć czy być?". otóż lepiej jest wykorzystywać okazję, czy pozostać sobą? jak na razie trzymam się tego drugiego, ale jednak wątpliwości zawsze mam. jak to ja, muszę chyba coś zrobić żeby być bardziej zdecydowanym. ale to już chyba męczyłem przy awersji do ryzyka.
słucham też sobie wieśniackich piosenek. i nie ma co się pierdolić - lubię takie kawałki, przekaz musi być prosty, może nawet aż za bardzo, ale grunt żeby był pałer. stąd tytuł wpisu.
mam wielki plan na następny długi weekend. bardzo chciałbym żeby się udał. na zachętę zapodaje mu poniższy song, również bardzo wieśniacki.
lubię sobie pogdybać w czasie przyszłym. a to co było, to, no cóż. long gone.